Rynek otaczał staw w Cucuron z trzech stron, czwarta należała do restauracji i kafejek. Ich stoliki stały wzdłuż obramowania stawu w dwóch rzędach w przerwach pomiędzy rosnącymi platanami.
Każdy prowansalski rynek był taki sam a jednocześnie inny, ten w Cucuron był wyraźnie odróżniający się przez otoczenie w którym się odbywał. Staw nadawał charakteru przestrzennego, stoiska stojące u jego brzegu były widoczne przestronnie, odbijały się w wodzie i ich tłem była druga strona stawu z kolorowymi fasadami i szyldami lokali gastronomicznych.

Mężczyzna spacerował od straganu do straganu. Przy niektórych przystawał na dłużej, sięgał po przewieszony na szyi aparat fotograficzny i oddawał się swojej pasji. Starał się wyławiać okiem obiektywu smaczki każdego straganu, czasami patrzył szerzej uwieczniając klimat całego rynku.
Jego dłuższe postoje poświęcone były też emocjonującemu czekaniu na pochłoniętą zawartością straganów Kobietę. Uwielbiał patrzeć jak Kobieta zanurza się w świat prowansalskich przedmiotów, użytecznych i tych mniej użytecznych choć niesamowicie dekoracyjnych. Lubił patrzeć na Jej oczy, rozbłyskujące promieniami ciekawości i pewnego rodzaju pożądania. Sam też nieraz zapadał się w ten świat.
Stragany prezentowały się w bardzo różny sposób. Większość była zwyczajna, przygotowana w prosty sposób, można powiedzieć tradycyjny ułatwiający swobodny wybór produktów. Niektóre miały elementy artystyczne lub intrygujące formą. Przyciągały tłem będącym zdjęciem produktu lub miejsca z którego produkty pochodzą. Czasem podkreślały informacje tak bardzo obecnie przydatne: „bez glutenu”, „bez laktozy”. Ale prawie wszystkie opisane były słowem „artisanale” – czyli „rzemieślniczy”. Większość produktów na prowansalski była zwykle wyrobem lokalnym i własnym tych którzy go sprzedawali.

„Była” to słowo klucz. Zmieniający się świat spowodował też zmiany prowansalskich rynków. Niewiele z nich ostało się w formie dawnej, lokalnej. Ten w Cucuron jest na tyle mały, że nie przyciągnął tych nowych trendów związanych z zalewem wyrobów chińskich i arabskich. Pozostał typowo prowansalski.
Mężczyzna zatrzymywał się przy tych ciekawszych i oczywiście uwieczniał fotografiami widoki w różnych ujęciach. Zaintrygowały go ułożenia ryb i owoców morza dające przy zbliżeniach wrażenie prowansalskich potworów z legend; przygotowana kiełbasa w formie wyciągniętego mięsa pokazując w ten sposób jego strukturę; prężące się w gotowości do służenia smakiem wędzonego mięsa części prosiaków.

Kiedy na chwilę zatrzymał się poszukując wzrokiem Kobiety, musiał skoncentrować się na straganie przy którym stała. Oliwki i pasty, też z oliwek. Z dodatkami. Kiedy widział jak Kobieta smakuje przygotowane degustacyjne kawałki bagietki posmarowane różnymi rodzajami past był pewien, że są wyborne. Nie mógł się powstrzymać i dołączył do degustacji. Świetna okazja na małe drugie śniadanie – pomyślał zajadając się drugą i na pewno nie ostatnią kromeczką.
Zmarnotrawił sporo czasu i chciał jeszcze więcej ale zaczynał czuć się trochę winny wobec sprzedawców i pełny bogactwem smaków i aromatów. Kobieta zdążyła zniknąć wśród straganów z ceramiką i odzieżą. Tych pierwszych nie mógł ominąć – przyciągały bogactwem kolorów prowansalskich. Królowały kolory ochry z dodatkiem zieleni i wszelkich odcieni koloru niebieskiego.

Wrócił jeszcze do straganu z rybami i postanowił trochę uchwycić w dramatyczny sposób widok przyszłego jedzenia szczerzącego się zębami i łypiącego oczami na potencjalnych amatorów „oprawców-rybojadów”.
Po przeciwnej stronie stawu mignęła postać Kobiety kierującej sie do jednego ze stolików przylegających do stawu. Czas dołączyć zanim kolejna kawa wystygnie – powiedział do siebie. I ruszył już nie oglądając się na mijane stragany. Trochę żałował, że nie wszystko uwieczni na zdjęciach, ale bardziej chciał usiąść obok Kobiety i rozkoszować się jej bliskością. I aromatem kawy.