Przejdź do treści

Jak Peter Mayle zaprowadził mnie do Prowansji

    Jak Peter Mayle zaprowadził mnie do Prowansji

    Jak Peter Mayle zaprowadził mnie do Prowansji

    Są podróże, które zaczynają się od biletu. Są też takie, które zaczynają się dużo wcześniej – od jednego zdania, od jednej książki, od obrazu miejsca, którego jeszcze się nie widziało, a które już zaczyna w człowieku pracować. U mnie Prowansja zaczęła się właśnie tak. Nie od mapy, nie od przewodnika i nie od planu wyjazdu. Zaczęła się od Petera Mayle’a.

    Ponad 25 lat temu jego książki obudziły we mnie ciekawość południa Francji. Nie tej pocztówkowej i nie tej zapisanej w suchych informacjach o zabytkach. Chodziło o coś znacznie bardziej miękkiego, trudniejszego do uchwycenia, a przez to może właśnie silniejszego: o rytm życia, o smak codzienności, o kamień nagrzany słońcem, o targ, o stół, przy którym nikt się nie spieszy, i o wioski, które wyglądają tak, jakby od wieków pilnowały światła nad doliną. Peter Mayle nie dał mi wtedy gotowego planu podróży. Dał mi coś ważniejszego – wyobrażenie miejsca, do którego naprawdę chciało się pojechać.

    Peter Mayle i Prowansja – od lektury do marzenia

    Dziś łatwo zapomnieć, jak wielką siłę miały książki w czasach, gdy człowiek nie oglądał jeszcze wszystkiego wcześniej na ekranie. Kiedy czytało się „Rok w Prowansji”, nie dostawało się stu zdjęć, pięciu rolek i dokładnej trasy z oznaczonym parkingiem. Dostawało się opowieść. A dobra opowieść działa inaczej niż obraz. Rozrasta się w człowieku po cichu.

    Nie byłem przecież wyjątkiem. Dla bardzo wielu osób to właśnie Mayle stał się pierwszym przewodnikiem po południu Francji – choć w gruncie rzeczy nie pisał klasycznego przewodnika.

    U Mayle’a wszystko wydawało się jednocześnie lekkie i prawdziwe. Byli sąsiedzi z charakterem, był remont, były nieporozumienia, był mistral, był stół, były targi i ten szczególny rodzaj codzienności, który na południu Francji wydaje się bardziej nasycony smakiem i światłem niż gdziekolwiek indziej. To nie była Prowansja „do zaliczenia”. To była Prowansja, do której chciało się dojrzeć.

    Dlaczego Peter Mayle działał tak mocno

    Myślę, że siła Mayle’a brała się z tego, że nie próbował mnie przekonać do Prowansji. On po prostu o niej opowiadał. Bez egzaltacji, bez nachalnej promocji, bez udowadniania, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. A jednak po kilku stronach człowiek czuł, że chce tam być.

    W jego opowieści było i marzenie o starym kamiennym domu, i przyjemności, i absurdy życia w Prowansji. I właśnie to połączenie było tak ważne: piękno nie było odklejone od zwyczajności. Ono rodziło się z codzienności. Z lunchu. Z targu. Z sąsiada. Z zimnego poranka i gorącego popołudnia. Z tego, że miejsce ma swój rytm i nie zamierza go zmieniać tylko dlatego, że ktoś przyjechał z zewnątrz.

    To właśnie ten rytm zaprowadził mnie do Prowansji bardziej niż jakakolwiek lista atrakcji. Zanim poznałem konkretne nazwy, już czułem, że ten region jest czymś więcej niż geograficznym obszarem. Był obietnicą sposobu życia.

    Ménerbes, Luberon i pierwsza wyobrażona Prowansja

    Jeśli miałbym wskazać literackie miejsce, od którego zaczęła się moja Prowansja, byłoby to Ménerbes. To nie znaczy, że znałem je wtedy naprawdę. Znałem je tak, jak poznaje się miejsce najpierw przez słowa – jako nazwę, która stopniowo obrasta krajobrazem, światłem i emocją.

    Jak Peter Mayle zaprowadził mnie do Prowansji - Menerbes

    I może właśnie tak było też ze mną. Najpierw była wyobrażona Prowansja: kamienne domy, wioski na wzgórzach, targi, winnice, długie rozmowy, światło spływające po ścianach i krajobraz, który nie potrzebował wielkiego gestu, żeby zostać w pamięci. Potem dopiero przyszło odkrywanie, że te miejsca naprawdę istnieją i że mają swoje nazwy: Ménerbes, Lourmarin, Gordes, Bonnieux, Vaugines. Luberon przestał być literackim tłem, a zaczął być realnym regionem, który można czytać i oglądać jednocześnie.

    A kiedy pierwszy raz naprawdę znalazłem się w Prowansji, nocleg wypadł właśnie u podnóża Ménerbes. Do dziś myślę o tym jak o czymś więcej niż zwykłym przypadku. Jakby ta podróż domknęła krąg, który zaczął się dużo wcześniej, jeszcze w czasie lektury. Najpierw było wyobrażenie, potem nazwa, a dopiero na końcu prawdziwe miejsce, zobaczone już własnymi oczami.

    Od książki do prawdziwej drogi

    Wiele osób uważa, że podróż zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek wyrusza. Ja myślę, że często zaczyna się wcześniej – wtedy, gdy w środku przesuwa się coś trudnego do nazwania. Właśnie tak działały na mnie książki Petera Mayle’a. Nie dawały jeszcze konkretu w rodzaju: „tu skręć, tam nocuj, to zobacz rano”. Dawały za to coś, co później okazało się znacznie trwalsze: uważność na prowansalski detal.

    To dzięki Mayle’owi Prowansja nie była dla mnie tylko regionem z lawendą. Stała się światem drobnych rzeczy, które budują miejsce naprawdę: zwyczaj targu, znaczenie lunchu, wioska, która nie potrzebuje pośpiechu, kamień, który zmienia kolor wraz z godziną, i poczucie, że życie może być bardziej osadzone w porze dnia, porze roku i w tym, co lokalne.

    To zresztą do dziś wydaje mi się w Prowansji najważniejsze. Nie tylko widok, ale rytm. Nie tylko piękno, ale sposób, w jaki ono układa się w codzienność.

    Peter Mayle nie dał mi tylko zachwytu

    To chyba najważniejsze. Mayle nie zostawił mnie z samym wzruszeniem nad pięknym regionem. On zostawił mnie z głodem poznawania. Jego książki były jak pierwszy łyk wina, po którym człowiek zaczyna chcieć zrozumieć więcej: skąd to światło, dlaczego te wsie wyglądają właśnie tak, jak żyją ludzie między wzgórzem a targiem, co dzieje się poza najładniejszym kadrem.

    Może właśnie dlatego po latach Prowansja nie skończyła się u mnie na jednym zachwycie. Zaczęła się rozwijać. Z książki zrobiła się droga. Z opowieści – konkretne miejsca. Z pierwszego zauroczenia – dłuższa relacja z regionem. I być może właśnie tak działa prawdziwie ważna literatura podróżnicza: nie zamyka miejsca w książce, tylko wypuszcza czytelnika dalej.

    Czy dziś wciąż wracam do tej pierwszej Prowansji?

    Tak, choć nie w naiwny sposób. Dziś wiem więcej. Wiem, że Prowansja nie jest tylko miękkim światłem i spokojnym obiadem. Ma też swoją popularność, sezonowość, tłum, ceny i wszystkie współczesne napięcia miejsc kochanych przez ludzi z całego świata. Ale to nie odbiera znaczenia tamtemu pierwszemu spotkaniu.

    Przeciwnie. Właśnie dlatego wracam do Mayle’a z wdzięcznością. Nie dlatego, że dał mi Prowansję idealną. Tylko dlatego, że dał mi Prowansję wystarczająco żywą, bym chciał szukać jej dalej – już własnym krokiem, własnym spojrzeniem, własnym doświadczeniem.

    Jak Peter Mayle zaprowadził mnie do Prowansji – najkrótsza odpowiedź

    Najkrótsza odpowiedź brzmi: słowami.
    Nie przez wielki plan. Nie przez folder. Nie przez modę. Tylko przez opowieść, która zostawiła we mnie zapach miejsca, zanim jeszcze poznałem jego drogę.

    I może właśnie dlatego ta historia nadal jest dla mnie ważna. Bo przypomina, że najcenniejsze podróże nie zawsze zaczynają się od ruchu. Czasem zaczynają się od czytania. A potem całkiem niepostrzeżenie zamieniają się w część własnego życia.