Prowansja Petera Mayle’a – czy ten świat jeszcze istnieje?
Dla wielu czytelników Prowansja zaczęła się nie od podróży, lecz od książki. Najpierw był Peter Mayle, później dopiero Ménerbes, Luberon, targi, kamienne domy i południowe światło. To właśnie jego „Rok w Prowansji” sprawił, że tysiące ludzi zaczęły wyobrażać sobie południe Francji jako krainę codzienności pełnej smaku, słońca i lekkiego humoru. Oficjalna strona autora podaje, że książka sprzedała się w około 6 milionach egzemplarzy i została przełożona na 40 języków, co dobrze pokazuje skalę jej wpływu.
Ale po latach wraca pytanie, które pada coraz częściej: czy Prowansja Petera Mayle’a wciąż istnieje? Czy nadal można odnaleźć ten świat spokojnych targów, osiołka pod kamiennym murem, długich lunchów, sąsiadów z charakterem i wiosek zawieszonych nad doliną? Odpowiedź nie jest ani całkiem sentymentalna, ani całkiem trzeźwa. Brzmi raczej tak: tak, ten świat nadal istnieje, ale nie jest już tak niewinny, cichy i ukryty jak wtedy, gdy Mayle go opisywał.
Peter Mayle i Ménerbes – od literatury do prowansalskiego mitu
Peter Mayle wraz z żoną Jennie przeprowadził się do Ménerbes w 1987 roku. Miał pisać powieść, ale zamiast niej powstała książka o życiu w Prowansji, o remoncie domu, codziennych drobiazgach i zderzeniu angielskiego temperamentu z prowansalskim rytmem życia. To właśnie Ménerbes, niewielka miejscowość w Luberonie, stało się sercem tej opowieści. Regionalny serwis turystyczny Provence-Alpes-Côte d’Azur wprost pisze, że to tutaj zaczęła się miłość Mayle’a do Francji, a sama książka uczyniła z Ménerbes miejsce rozpoznawalne daleko poza Prowansją.

I to jest pierwszy ślad odpowiedzi. Miejsce istnieje nadal, i to bardzo wyraźnie. Ménerbes wciąż jest jedną z tych wiosek Luberonu, które wydają się utkane z kamienia, światła i ciszy. Nadal należy do świata, który turyści i biura podróży opisują jako kwintesencję Prowansji: wiosek na wzgórzach, widoków na doliny, winnic i spokojniejszego rytmu życia. Problem polega jedynie na tym, że po sukcesie Mayle’a to, co było bardziej kameralne, stało się częścią międzynarodowej wyobraźni. Sam Guardian pisał, że popularność książki była tak wielka, iż dom autora przyciągał ciekawskich, co ostatecznie skłoniło go do wyprowadzki.
Czy Luberon nadal wygląda jak z książek Mayle’a?
Pod pewnymi względami – bardzo. W oficjalnych materiałach turystycznych Luberon wciąż jest przedstawiany jako kraina villages perchés, czyli wiosek na wzgórzach, targów, dziedzictwa, naturalnych krajobrazów i znakomitej gastronomii. Destination Luberon opisuje region właśnie przez te elementy: widokowe miejscowości, lokalne jedzenie, dziedzictwo i bardzo charakterystyczny krajobraz. Podobnie Avignon & Provence podkreśla, że Luberon jest dziś jednym z najbardziej emblematycznych obszarów Prowansji, znanym z historycznych miejscowości, zamków i życia kulturalnego.
To znaczy, że Mayle nie wymyślił Prowansji. On po prostu uchwycił coś prawdziwego. Wioski takie jak Ménerbes, Gordes, Lourmarin czy Roussillon nadal istnieją w tym samym pejzażu, nadal przyciągają światłem, kamieniem i linią wzgórz. Kiedy czyta się współczesne przewodniki po Luberonie, powracają te same słowa: targ, winnica, wzgórze, kamienna zabudowa, lokalne produkty, niespieszność. Innymi słowy – szkielet Mayle’owskiej Prowansji nie zniknął.
Co się zmieniło od czasów „Roku w Prowansji”
Zmieniła się przede wszystkim skala zainteresowania. To już nie jest Prowansja odkrywana półprywatnie przez garstkę zakochanych w południu Francji czytelników. Dziś Luberon jest marką samą w sobie. Ménerbes i inne wioski regionu są obecne w oficjalnych kampaniach turystycznych, ofertach wycieczek i przewodnikach. Marseille Tourism promuje nawet całe objazdy po targach i wioskach Luberonu, wyraźnie odwołując się do świata znanego z książki A Year in Provence. To dużo mówi: literacka opowieść została wchłonięta przez realną turystykę.

Zmieniła się też codzienna dynamika wielu miejsc. Targi, które u Mayle’a były niemal intymnym teatrem prowansalskiego życia, dziś w niektórych miejscowościach bywają bardziej odwiedzane i bardziej świadome własnej atrakcyjności. Oficjalne i półoficjalne przewodniki po Luberonie opisują rozbudowaną siatkę rynków i dni targowych, od małych po bardzo duże, jak sobotni targ w Apt z setkami stoisk. To wciąż piękna część prowansalskiego życia, ale równocześnie coś bardziej uporządkowanego i silniej wpisanego w ruch turystyczny niż w czasach, gdy Mayle pisał swoje pierwsze prowansalskie książki.
Targi, jedzenie i codzienność – czy to nadal jest prawdziwa Prowansja?
Tak, i tu właśnie Mayle broni się najlepiej. Bo jeśli odrzucić samą modę na Prowansję, zostaje to, co najtrwalsze: kult stołu, lokalnych produktów i rytmu dnia. Współczesne materiały o Luberonie nadal podkreślają znaczenie targów, lokalnych smaków i gastronomii jako jednej z głównych osi regionu. Nie jest to więc tylko literacki ozdobnik. Targ wciąż pozostaje nie tylko zakupem, ale także rytuałem społecznym, miejscem patrzenia, rozmowy i smakowania. Dokładnie to opisywał Mayle – tylko dziś dzieje się to przy większej liczbie przyjezdnych.

Właśnie w tym sensie Prowansja Petera Mayle’a nadal istnieje. Nie jako muzeum, nie jako zatrzymana klatka z początku lat 90., ale jako styl przeżywania miejsca. Nadal da się tu znaleźć poranek na targu, cień pod platanem, oliwę kupioną od miejscowego producenta, leniwie rozciągnięty lunch i rozmowy, które nigdzie się nie spieszą. Tyle że dziś trzeba nieraz świadomiej wybierać porę, sezon i trasę, by ten rytm naprawdę poczuć. To już nie jest świat ukryty. To świat, który trzeba umieć odsączyć od własnej popularności.
Ménerbes po Mayle’u – czy sława odebrała mu duszę?
To chyba najczulszy punkt całej historii. Ménerbes zyskało ogromną rozpoznawalność dzięki książkom Mayle’a, a lokalne i regionalne źródła turystyczne wprost to potwierdzają. Można by więc obawiać się, że miejsce stało się zakładnikiem własnej legendy. A jednak nie do końca tak jest. Wciąż pozostaje małą, wyrazistą miejscowością Luberonu, związaną z krajobrazem, winem, historią i kamienną architekturą. Sława dodała mu odwiedzających, ale nie wymazała jego formy ani położenia. To wciąż ta sama prowansalska wioska, tylko oglądana przez więcej oczu.
Warto jednak pamiętać, że Mayle sam widział ciemniejszą stronę tego sukcesu. Na swojej oficjalnej stronie odnosił się do zarzutów, że przyczynił się do „zepsucia” Prowansji przez wzrost cen nieruchomości i zainteresowania regionem. Odpowiadał, że region się zmienia, ale nadal zachowuje swoją atrakcyjność i żywotność. To bardzo ważna uwaga: Prowansja nie jest martwym ideałem, który można tylko stracić. Jest żywym miejscem, które się przekształca.
Czy warto dziś szukać Prowansji Petera Mayle’a?
Warto, ale nie jak relikwii. Najlepiej nie szukać jej z oczekiwaniem, że wszystko będzie dokładnie takie jak w książce. Lepiej potraktować Mayle’a jako czułego przewodnika po pewnym sposobie patrzenia. Jeśli pojedziesz do Luberonu tylko po „tamten świat”, możesz się rozczarować. Jeśli pojedziesz po światło, targ, smak, kamień, wioski na wzgórzach i ciepły rytm codzienności, bardzo wiele z jego Prowansji nadal tam odnajdziesz.
Może właśnie na tym polega trwałość książek Petera Mayle’a. Nie na tym, że zachowały Prowansję w bursztynie, ale na tym, że nauczyły czytelników, jak ją zauważać. Dzięki nim łatwiej dostrzec, że Prowansja nie kończy się na widoku. Jest jeszcze rytm, zapach, rozmowa, smak i codzienność. A to są rzeczy, które starzeją się wolniej niż moda na podróże.

